Na samym początku istnienia tego bloga, czyli nie tak dawno temu, bo w styczniu tego roku (2017), kiedy to na polu było jeszcze zimno… ale zaraz, do niedawna było jeszcze cholernie zimno w stosunku do pory roku (wiosna), więc temperatura nie będzie tym razem wyznacznikiem upływu czasu. Słyszałem od pracownika spółdzielni do której należę, że nie pamięta czasów, w których trzeba by hajcować do połowy maja. Ogólnie to z tą temperaturą coś się popieprzyło, gdyż nawet Pankracy, Serwacy i Bonifacy oraz ich kumpela Zofia, czyli potoczni zimni ogrodnicy i zimna Zośka, w tym roku doznali szoku, gdyż tym razem ogrodnicy byli ciepli, a Zofia gorąca. Tak samo jak dziwnie jest w pogodzie, tak samo jest dziwnie z kolejką, o której wspominałem w pierwszym pismaku.

Kolejka to taki miniaturowy model dawnej maszyny parowej toczącej się po szynach. Obecnie pod tą nazwą występują małe traktory „ubrane” w strój, który ma upodobnić je do lokomotywy rodem z Dzikiego Zachodu. Ci przebierańcy przemierzają deptaki kurortów górskich i nadmorskich, choć mnie zdecydowanie bardziej kojarzy się to z okolicami Bałtyku. Kolejka to także nazwa gry planszowej dzięki której można troszkę poczuć atmosferę minionego, zeszłowiecznego osławionego PRLu, gdzie to właśnie kolejka za wszystkim była czymś normalnym, tak jak dzisiaj posiadanie smartphona. Teraz na początku XXI wieku ciężko jest sobie wyobrazić kolejkę w sklepie za czymkolwiek. W moim odczuciu kolejka jest wtedy, gdy do uiszczenia opłaty za towar muszę czekać… bardzo długo i nie mam na myśli oczekiwania przy taśmociągu w Lidlu czy Biedrze. Nie będę czepialski i 10 minut stania zanim dojdę do kasy nie uznaję za rasową kolejkę.

Miniony weekend był bardzo ładny, przynajmniej sobota, zatem wybrałem się z żoną i synkiem na spacer, który to zwyczajowo przypadł na pory drzemek Trenera Snu. Przy takich okazjach lubię zapomnieć o ograniczeniach kulinarnych i zrobić sobie taki mały cheat day, czyli jeść to na co mam ochotę. Tego dnia padło na lody. W Krakowie jest jedna (albo dwie) taka lodziarnia, gdzie trzeba swoje odczekać, żeby zjeść serwowane tam specjały. 20 minut przebierania z nogi na nogę to taki średni czas. Mój rekord w oczekiwaniu na złożenie zamówienia to 45 minut, zatem wyjście na lody po kawie, albo piwie odpada. Pamiętajcie, że natura lubi być złośliwa i na 2 albo 3 osoby przed upragnioną metą może wywinąć psikusa i trzeba będzie spierdzielać w poszukiwaniu miejsca do którego żaden strażnik miejski, niczym osławiony Chuck, nie będzie miał dostępu, albo chociaż nie będzie ono w zasięgu wzroku i nie wlepi mandatu, za użyźnianie flory mieszanką wody, produktów azotowych i soli mineralnych. 45 minut w kolejce po głupie lody? TAK!!! I lody nie są głupie, tylko pyszne, a głupotą jest stać tyle czasu i brać tylko jedną porcję.

Tego dnia natknąłem się z rodzinką na jeszcze jedną kolejkę. Tym razem miało do bebzona wlecieć coś bardziej konkretnego, coś bardziej sytego, trochę nie po kolei, bo najpierw deser, a potem obiadek, ale weekend rządzi się innymi prawami, bywa rozpustny. Odczekałem swoje, bo chyba z 30 minut i dostałem upragnionego, zawijanego kebaba, czy jak wolicie rolo-kebaba. Jeśli już mam brać tego typu żarcie to jest zawijane, gdyż wersja w bułce powoduje, że zawsze się gdzieś upieprzę. A to sosik kapnie, a to mięsko wyskoczy poza burtę buły, różnie z tym bywa. Jak tylko mam możliwość to staram się jadać wołowinę, a że była w ofercie, to nie mogłem się powstrzymać.

30 minut czekania w budzie typu fast food i dzierżę w ręce konkretnego spustoszyciela flaków i prowodyra podwójnego pieczenia. Ostre żarcie zawsze piecze dwa razy, tak kiedyś przeczytałem na ciasteczku z chińskimi powiedzonkami. Tym razem nie miałem okazji się o tym przekonać. Po pierwszym kęsie wiedziałem, że ta duża porcja nie jest dla mnie. Naprawdę bardzo się hamuję, żeby nie użyć innych słów określających poziom tej potrawy. Ciekawe czy jakiś bezdomny burek by się tego chycił. Raz widziałem, że nawet pies nie chciał zjeść mielonki z puszki. Zwierzęta nie są głupie, a człowiek wszystko zeżre, ale ja nie dałem rady tego przełknąć.

Dwie jakże podobne sytuacje tego samego dnia. Kolejka, oczekiwanie, wydanie kasy, chęć zaspokojenia swoich potrzeb z najniższego szczebla piramidy Maslowa. W tą sobotę zaspokoiłem żołądek deserowy, ale ten drugi ciągle był pusty. Myśląc o tym ile musiałem stać i tu i tu przypomniał mi się efekt Pawłowa. Jeśli człowiek, i dotyczy to praktycznie wszystkiego, przez dłuższy czas będzie poddawany pewnym bodźcom to po pewnym czasie będzie je traktować jak coś zupełnie naturalnego. Jeśli będziemy codziennie wysłuchiwać tego samego kłamstwa to prędzej czy później zaczniemy to odbierać za prawdę. Jeśli codziennie z rana będziemy chodzić biegać, to po pewnym czasie będzie to nasze przyzwyczajenie bez którego żyć nie możemy. Tak samo jest z poranną szklanką wody z cytryną, papierosem do porannej kawy czy też innymi przyzwyczajeniami. Tutaj tym sygnałem Pawłowa była kolejka. W PRLu ona była wpisana w krajobraz, a w dzisiejszych czasach do soboty myślałem, że dobrze dają jeść tam gdzie jest duży ogonek zainteresowanych. Przynajmniej jeszcze kilka lat temu wzdłuż autostrad tam gdzie stało dużo TIRów pewnym było, że kuchnia będzie dobra. Niestety jak widać nie zawsze tak jest. Teraz kolejka może się wiązać nie tyle z wysoką jakością usług albo produktów, co z niską, przystępną ceną za produkt, którego jest dużo i uznajemy za dobry. A czemu uznajemy go za dobry? Bo innego nie znamy albo nie chcemy poznać. 

Nie pierwszy raz jak daję się złapać na przesolone i przeprawione masowo robione mięso kebabowe, choć za każdym razem mówię sobie, że może w tej budzie będzie inaczej i ciągle próbuje. Zupełnie podobnie jest przy trunkach: piwach, winach i wódkach. Sorry, ale dobrze zrobiony PILS kontra klasyczny koncerniak, albo jeszcze gorzej, czyli klasyczny koncerniak trącący metalem? Nie wiem co Wy wybierzecie, ale ja wolę dopłacić i wypić jedno dobre jakościowo piwo, niż 4 kiepskie.

Konkluzja jest taka, że trzeba uważać na te kolejki i nie obiecywać sobie po nich zbyt wiele. Lepiej doznać pozytywnego rozczarowania. Druga sprawa, że jak sobie człowieku sam nie zrobisz, to często dobrze nie zjesz. Jeszcze tego samego dnia udałem się do sklepu mięsnego, nabyłem kawałek rostbefu, a po powrocie do domu zrobiłem sobie mega kebaba w bułce i w domowym zaciszu upieprzyłem się ketchupem.