„Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Wrócicie napierdalać jak siądę do pracy!”

W sumie, to chciałem zacytować tylko pierwsze zdanie, ale jak tu nie wrzucić dłuższej wypowiedzi Adasia Miałczyńskiego. Osoby urodzone w okolicach lat 80. powinny kojarzyć tę wybitną postać. Dla zupełnie niezorientowanych lub tych, którym coś tam świta, zamieszczam rys postaci zrealizowany w telegraficznym skrócie. Otóż Adaś Miałczyński to główny bohater filmów Marka Koterskiego, polski inteligent, emanujący złą energią przeciętnego Polaka. Postać o tyle komiczna co dramatyczna. Osobiście z tego cyklu najbardziej przemawia do mojego gustu filmowego „Nic śmiesznego” i „Dzień Świra”. 

Cytowany przeze mnie na początku tekst pochodzi właśnie z „Dnia Świra”. A dlaczego w ogóle odwołuję się do tego filmu? Czyżbym wieczorową porą postanowił przypomnieć sobie stare ikony polskiego kina oddając się domowemu maratonowi filmowemu? Czy może postać Adasia granego przez Marka Kondrata śmignęła mi gdzieś w telepatrzydle w ostatnim czasie? Nic bardziej mylnego. Na maraton trochę brak czasu, a telewizji nie oglądam wcale. Powód jest bardzo prozaiczny, wielce życiowy, bo odnoszący się do osobistych doświadczeń.

Siedzę sobie wygodnie w fotelu przed monitorem i klawiaturą, a na uszach mam słuchawki z których docierają do mnie relaksujące dźwięki. Nie to żebym był wielkim pasjonatem tego typu relaksacji, niemniej jednak tylko dzięki tym zagłuszającym odgłosom deszczu i burzy jestem w stanie cokolwiek z siebie wydobyć i przelać na elektroniczny papier. Ogólnie to chciałem zabrać się za recenzję wózka biegowego, ale niestety sprawa uległa szybkiej weryfikacji z racji toczącego się na klatce schodowej remontu i tu dochodzimy do sedna, bowiem zgodnie z powyższym cytatem panowie napierdalają od bladego świtu. Młoty udarowe poszły w ruch, nie wiem kiedy się to skończy. Nagrywanie dźwięku w tych warunkach byłoby zatem  wielką głupotą, a tak to przynajmniej pomęczę swój talent pismaka. Wózek nie zając poczeka. 

Fakt, jestem wkurwiony tym hałasem, ale ja to jednak nie Miałczyński. Mój względnie zdrowy umysł analizuje sytuację i w sumie dochodzę do wniosku, że co tak na prawdę ci co ryją te ściany są winni? Taką mają pracę i kropka. Nie zawsze jestem tak wyrozumiały i akceptuje to co się dzieje wokół mnie, ale nie dajmy się zwariować. Taki człek od napierdalania w ściany nie będzie tego robić przez cały czas, choć w moim odczuciu już trwa to wieki. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – jak dla mnie koleś może burtać ściany całe życie, ale blok w którym mieszkam, choć jest duży, to nie dostarczy mu tyle powierzchni coby miał przy czym skonać. Pan, czy też panowie zrobią co mają zrobić i pójdą wkurwiać innych. Jedyne do czego przeważnie można się przyczepić, to to że jest konkretna robota do zrobienia, jest w zespole 5 osób z czego jedna jest od zapieprzania, a reszta to „kerownik" nadzoru, „kerownik" terenowy, „kerownik" do spraw zaopatrzenia (przeważnie w prowiant i napitek) oraz „derektor" generalny. Zatem jak robota ma się posuwać do przodu? Kluczem do sukcesu jest tutaj słowo posuwać, które to tak na prawdę ma bardzo bliską relację, żeby nie powiedzieć stosunek z przyprawą, którą zapewne macie w kuchni. Chyba jestem głodny i pieprzę? Tak… PIEPRZ. Zatem posuwać ma bardzo bliską relację, żeby nie powiedzieć stosunek z pieprzem. Brnąc dalej w meandry pokrętnej logiki wygłodniałego faceta, posuwać to pieprzyć, pieprzyć to przyprawiać, czyli „kerownicy” mocno przyprawiają swoją pracę, a tylko jeden ją konsumuje (zdecydowanie niebezpiecznie spadł mi poziom cukru). Dzisiaj nie brakuje w moim tekście wulgaryzmów, więc jeśli jesteś tym faktem Szanowny Czytelniku zbulwersowany to wybacz mi, ale nie pomyślałem, żeby wcześniej o tym ostrzec, ale zrozum… samo wyszło, ale przecież posuwanie i pieprzenie wchodzą w kanon zagadnień mieszczących się w stwierdzeniu Terencjusza, że „Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce”.

Tymczasem dalej nie została rozstrzygnięta sprawa Adasia. Jak wspomniałem siedzę, piszę, a w uszach mi dźwięki dźwięczą coby zagłuszyć te młoty udarowe. Miałczyński nie miał Internetu, edytora tekstu, czy też relaksujących odgłosów natury albo ulicy. Miał natomiast czystsze powietrze ( jemu chyba jednak szkodziło), magnetofon na kasety, kartkę i długopis, ewentualnie ołówek, gdyż piórem rzadko kto pisał. W magnetofon, który w obecnych czasach jest już tak samo dinozaurem jak kasety VHS mógł sobie wsadzić nośnik dźwięku, który został ustandaryzowany przez firmę Philips w 1963 roku, czyli najzwyklejszą kasetę. Nie pamiętam tylko czy główny bohater „Dnia Świra” miał słuchawki, bo gdyby tak było to mógłby je sobie podłączyć do tego radyjka i posłuchać muzyki klasycznej dla uspokojenia. Chyba muszę odświeżyć sobie pamięć oglądając ponownie ten film.

A co do kaset magnetofonowych to na szczęście mam jeszcze jakieś schowane w piwnicy, a mój synek dzięki temu będzie mógł zobaczyć i dotknąć tych już powoli zapominanych cudów techniki ubiegłego wieku, zwanych dalej reliktami przeszłości.

Panowie skończyli burtać mury mego domostwa, zatem czas pobiegać, wszak to najlepiej katalizuje wkurwienie.